W koronie z warkocza
Zwyczajne życie
Kto marzy i śni o życiu zwyczajnym, bardziej roi się nam jakaś romantyczność lub ekstrawagancja, niż takie zwyczajne dzień po dniu. Może nawet nie jeden pomyślał, tylko nie takie zwykłe, monotonne, szare dzień za dniem.
Wyskok do Monte Carlo, szalona noc w kasynie, szybki samochód, wielki jacht, konie w galopie, najwyższy szczyt świata, takie obrazki mogą zachęcić do wędrówki po tym ziemskim padole.
Kiedy reklama zderza się z rzeczywistością
Skoro już przyszło nam spacerować, ścieżką życia to trochę się rozglądamy, zadziwieni różnorodnością, a może zdziwieni, że inni mają lepiej, ciekawiej, barwniej. Jak mówi przysłowie, wszędzie dobrze gdzie nas nie ma. Patrząc po wierzchu, widzimy sam lukier, a to pod spodem jest już niedostępne.
Czasem uda się dotrzeć do tych głębszych warstw, ale do tego potrzeba trochę chęci, czasu i zwyczajnej bliskości z drugim człowiekiem, wówczas może odkryjemy tajemnicę tej barwnej inności. Po bliższym przyjrzeniu łatwo będzie można się zorientować, że nie ma tam żadnej tajemnicy, a jest zwykłe życie w zgodzie ze sobą.
Osiągnięcie stanu pogodzenia się z własnym wnętrzem umożliwia korzystanie życia, czerpanie z każdego dnia. Wówczas idziemy przez ten świat z wewnętrznym światłem, które oświetla ścieżkę życia nasza, a czasem także innych spotkanych na drodze.
Na swojej drodze spotkałam właśnie taką rozświetloną istotę w koronie z warkocza, która w to zwyczajne życie potrafiła tchnąć jasne światło. Spotkałam ją dawno temu, miałam parę lat, a już wiedziałam, że mogę na nią liczyć, gdy bywając u dziadków w Wąsoszu ilekroć kupowałam w pobliskim sklepiku łakocie zostawiałam informację: Czesia płaci!
Niektórzy nazwą to rozpieszczaniem, ale Ona pozwalała mi na wiele ze śmiechem powtarzając i co takiego się stało, toż to moja chrześnica. Było dla niej jasne, że nic złego nie może się wydarzyć, bo jej świat był dobry, rozświetlony.
Ta korona z warkocza znikła w pewnym momencie, bo z warkocza została wykonana peruka, dla potrzebującej osoby, ale światło mojej Matki Chrzestnej świeciło nadal. Przez wiele lat pojawiała się na mojej drodze z gestem czy słowem, które otrzeźwiało, albo podnosiło na duchu, przywracało nadzieję, czasem nawet było tą przysłowiowa brzytwą za którą tonący się chwyta.
Nie było jakichś spektakularnych wybuchów wulkanicznych, lecz zwykłe proste słowa, które mogą się wydawać nieistotne, a tak naprawdę są ważniejsze od wszystkich świateł Nowego Jorku, bo bez tych prostych odruchów może zawalić się cała życiowa konstrukcja, zachłyśnięta sztucznym blaskiem, a pozbawiona fundamentu na którym można się oprzeć.
Moja Matka Chrzestna, chociaż sobie pewnie nie zdawała z tego sprawy, była takim oparciem. Jej światło potrafiło rozświetlić mrok chwili w sposób zupełnie naturalny wręcz anielski. Nasz życiowy spacer nie zawsze usłany jest różami, ale tylko od nas zależy czy dostrzeżemy się wzajemnie, cieszę się że Ona mnie dostrzegła, a ja mogłam ją spotkać, bo było to fajne spotkanie. Jej już nie ma, właśnie odeszła, ale jej światło… ze mną jeszcze zostanie
Irena Majoch
190/365,

To jest po prostu piękne,dziękuję Tobie -Basia
OdpowiedzUsuńDziękuję za te słowa i chwile dzielone minione, obecne oraz te co jeszcze przed nami. Do serca przytulam.
Usuń[*] dla Twojej Matki Chrzestnej
OdpowiedzUsuńZ głębi serca za dziękuję.
UsuńPiękne, ogólnie cały blog jest naprawdę świetny.
OdpowiedzUsuńTrzeba mieć talent do tak dobrego tworzenia treści i przekazywania swoich uczuć/przeżyć/przemyśleń. Pozdrawiam, Kamil od Basi :)))
Dziękuje za dobre słowa, energię, obecność tu i teraz. Pozdrawiam serdecznie
Usuń